Stanfordzki Eksperyment Więzienny – jaki wpływ wywarł na uczestników?


 

Czy normalni i dobrzy ludzie mogą zmieniać się pod wpływem czynników środowiskowych?  Czy w warunkach sztucznie stworzonych może ulec transformacji ludzki charakter?

Stanfordzki Eksperyment Więzienny  (SPE) – jaki wpływ wywarł na uczestników?

„Efekt Lucyfera” –  to tam P.Zimbardo, główny pomysłodawca,  opisuje eksperyment jaki przeprowadził kilka lat temu, a dokładnie w latach 70, na swoim uniwersytecie.  Książkę  zaczął  pisać tuż po  zakończeniu eksperymentu, ale jak sam pisze, wtedy nie był wstanie jej dokończyć, emocje związane z eksperymentem nie pozwalały mu na to. Dopiero po 30 latach mógł bardziej obiektywnie spojrzeć na te wydarzenia …..”jestem mądrzejszy i zdolny do ujęcia tej skomplikowanej materii z bardziej dojrzałej perspektywy”.

Składa się z kilku części. Postanowiłam przeczytać część poświęconą eksperymentowi i przerwać, aby móc napisać kilka zdań jakie na mnie eksperyment wywarł. Doszłam do „piątku”, kiedy to Zimbardo, po wizycie prawnika, informuje więźniów o tym, że eksperyment został zakończony. Euforia opanowała więźniów. Co było powodem tej radości? Dlaczego tak bardzo cieszyli się z „zakończenia” eksperymentu?

Eksperyment polegał na zamknięciu kilku młodych ludzi, w stworzonym do tego celu fikcyjnym więzieniu. Zimbardo wybrał z grupki ochotników 9 więźniów oraz 11 strażników.

Zimbardo, jako profesjonalista, zaplanował wszystko dokładnie i ze szczegółami. Poprosił nawet miejscowa policję, aby dokonała aresztowań „ochotników”.

Stanfordzki Eksperyment Więzienny
Stanfordzki Eksperyment Więzienny

W niedzielę, pierwszego dnia eksperymentu, policjanci wpadają do domów przyszłych więźniów i dokonują aresztowań. Niektórzy z nich są wystraszeni, ale poddają się bez większego oporu.  Po aresztowaniach więźniowie zostają przewiezieni do fikcyjnego więzienia, które było utworzone w piwnicach Wydziału Psychologii tegoż uniwersytetu. Następnie zostają przekazani  w ręce strażników  ochotników. Muszę wspomnieć, że zanim eksperyment się rozpoczął wszyscy chcieli zostać więźniami, żaden nie chciał przywileju zostania strażnikiem.

Strażnicy z góry zostali poinstruowani przez Zimbardo jak powinni  się zachowywać, jakie metody mniej więcej stosować, aby utrzymać porządek i dyscyplinę, nie wolni im było stosować przemocy fizycznej.

 


Przez okres dwóch tygodni mieli przebywać w tym sztucznym wiezieniu, w zamian za zapłatę – 15 dol. dziennie.


 

Więźniowie z zasłoniętymi oczami zostali wprowadzeni do podziemia. Nakazano im się rozebrać do naga, polano ich wodą i obsypano środkiem przeciw wszom. Następnie dostali do założenia na siebie, coś w rodzaju szpitalnej koszuli, na której był naszyty numer identyfikacyjny, który każdy więzień musiał znać na pamięć, a który stanie się przyczyną ich pierwszych upokorzeń. Na głowę zostają im założone damskie pończochy – wnioskuje, że był to wyraz szacunku Zimbardo do więźniów, gdyż pozwolono im nie golić głów. Do nóg strażnicy mocują im ciężkie łańcuchy, które mają stale przypominać im o więziennych trudach. Zostaje im przestawiony szereg   zasad, które mają zapamiętać i się do nich zastosować, m.in. milczenie w czasie posiłków, zwracanie się do siebie tylko po numerach identyfikacyjnych.

 

Stanfordzki Eksperyment Więzienny
Stanfordzki Eksperyment Więzienny

Strażnicy coraz bardziej wczuwają się w swoje role, są stanowczy i poważni. Więźniowie tymczasem pierwszy dzień traktują półserio, słychać zewsząd szmery i chichoty. Zaczyna się pierwsze „odliczenie”. Więźniowie muszą wykrzykiwać swoje numery, strażnicy po raz  kolejny próbują poniżać i stłamsić tożsamość swoich „niewolników”. Za nieprawidłowe „odliczanie” więźniowie ponoszą kary – pompki, pajace, czy inne wyczerpujące fizycznie tortury, które stały się ich codziennością.

O szóstej wieczorem przybywa wieczorna zmiana. Strażnicy z tej zmiany okażą się najbardziej bezwzględni i sadystyczni, szczególnie  jeden z nich Hellman, nazwany później przez więźniów „John Wayne”. Hellman wprowadza nowe zasady „odliczania”, więźniowie mają wyśpiewywać swoje numery. Okazuje się być bardzo kreatywnym strażnikiem – co chwilę obmyśla inne sposoby dokuczenia więźniom.

 


Zaczyna się powolny proces poniżania i degradacji więźniów.


 

Więźniowie nie traktują już całej sytuacji jako zwykłego eksperymentu, coraz bardziej  odczuwają ciężar uwięzienia. Fikcyjne wiezienie powoli zabiera im wolność. Narasta w nich coraz większa niechęć, wrogość i agresja. Niektórzy z nich zaczynają stawiać opór. Odmawiają wykonywania bezsensownych rozkazów i  czynności  m.in. wydłubywania kolców z koców (strażnicy wrzucali koce na kolczaste krzaki ), barykadują się w swoich celach w ramach protestu, domagają się lepszego traktowania i poszanowania ich godności. Opór nie trwa długo, buntownicy nie potrafią pociągnąć za sobą innych więźniów. Ostatecznie zostają uciszenie i strąceni do ciemnego „lochu”.

Wyjście do toalety również wiązało się z poniżaniem i wyśmiewaniem. Na swoje potrzeby mieli jedynie  5 minut. Większość z nich, przez skrępowanie i stres jaki odczuwali, nie potrafiło wykonać tej czynności fizjologicznej. Po jakim czasie strażnicy doszli do pewnego  wniosku – w każdej celi postanowili zostawić wiadro, aby tam więźniowie mogli załatwiać swoje biologiczne potrzeby. Często, gdy wiadra były już „zabrudzone” nie pozwalano na ich opróżnienie. W całym więzieniu unosił się smród ich odchodów.

Każdy kolejny dzień, w tym prawdziwym – sztucznym więzieniu jest coraz cięższy dla więźniów, a mam wrażenie bardziej przyjemny dla strażników

 


Więźniowie stają się  apatyczni, widać wyraźne oznaki depresji.


 

Jeden z nich –  DOUG-8612 – chce opuścić więzienie, tj. eksperyment, już w poniedziałek. Jednak Zimbardo przekonuje go aby pozostał. Proponuje mu  fuchę „donosiciela”  i obiecuje, że będzie lepiej traktowany. Doug, trochę zdezorientowany, wraca. Więźniom jednak przekazuje pewną wiadomość – mówi im, że nie można stąd wyjść, że nie pozwolono mu opuścić więzienia. Wiadomość ta, pomimo że kłamliwa, kompletnie załamuje pozostałych więźniów. Tracą resztki nadziei, w tym momencie zrozumieli, że to nie tylko eksperyment, ale więzienie; więzienie prowadzone prze psychologów, a oni nie odrywają już ról więźniów, tylko są nimi naprawdę.

 


Najbardziej  dla mnie, absurdalną sytuacją było zachowanie samego Zimbardo po tym jak w końcu uwolnił Douga.


 

Wśród więźniów chodziła plotka, że Doug ma napaść na więzienie i oswobodzić studentów.   Plotka ta dotarła do samego dyrektora tego fikcyjnego więzienia, czyli Zimbardo. On, jak na prawdziwego szefa przystało, obmyślił genialny plan wywiedzenia „napastników” w pole. Postanowił przenieść więzienie w inne miejsce. Miała to być Komenda Głównej Policji. Zimbardo nagabuje na policję, aby umożliwiono mu przenieść tam więźniów, gdyż  obawia się „ataku” na swoje więzienie. Na jego nieszczęście policja nie wyraża zgody. Decyduje się przenieść więźniów na wyższe pięto Wydziału Psychologii. Sam, jako nieustraszony obrońca zostaje w piwnicach i czeka na napastników.

Niestety nie doczekał się. Zamiast nich pojawia się jego stary przyjaciel, również psycholog, z żoną, poruszony  sytuacją więźniów. Widział ich na wyższym piętrze zmaltretowanych i wychudzonych – ulitowała się nad nimi – postanowił kupić im paczkę pączków. Wspaniałomyślność – pomyślałam. Sytuacja zakupu pączków przez „litościwego” psychologa, a siedzący samotnie w ciemnościach i czekający na napastników obrońca bram więziennych, i swojej „głupawej” teorii – iście kabaretowa scenka, tyle że z  tragizmem  w tle. Sam pan Zimbardo wpadł we własne sidła, „nie był już obiektywnym obserwatorem” – jak sam pisze, chciał za wszelką cenę ciągnąć dalej swój eksperyment, cierpienie innych nie liczyło się.

Dalsze dni więźniów również upływały na bezsensownym odliczaniu, dalszym poniżaniu, doszło do lekkich przepychanek.

 


Następni więźniowie musieli opuścić eksperyment, gdyż przeżyli lekkie załamanie nerwowe.


 

Hellman z każdym dniem rozwijał swoje skrzydła. Coraz bardziej upokarza i naprzykrza się więźniom, widać wyraźnie, że sprawia mu to przyjemność. Ten sadystyczny typek zmusza ich do odgrywania erotycznych scenek. Muszą wyznawać sobie „miłość” i wykonywać upokarzające ruchy, takie jak w akcie seksualnym. Więźniowie nie nosili bielizny i w trakcie wykonywania tych scenek ich genitalia były widoczne. Hellman najwyraźniej miał jakieś ukryte skłonności gejowskie, gdyż takie scenki powtarzały się w kolejnych dniach.

Uwięzieni ochotnicy mogli skorzystać z prawa łaski – stawali przed Komisją d/s Zwolnień Warunkowych. W swoich listach kierowanych do Komisji, prosili, aby dano im możliwość wcześniejszego zwolnienia. Swoje prośby motywowali, a to spotkaniem z dziewczyną, gdyż niedługo wyjeżdżała i nie będą mieli możliwości się zobaczyć; a to urodzinami, czy innymi niedorzecznymi argumentami, które nie przemawiały do Komisji, która z każdą chwilą coraz bardziej wczuwała się w swoje odgrywane role.Szczególnie przewodniczący, który wygłaszał tyrady, niczym Hitler na swoich wiecach.

Od tego momentu czytanie traktowałam mniej emocjonalnie. Zauważyłam zmianę w swoim nastawieniu. Tragizm więźniów nie wywoływał u mnie już takiego współczucia. Mimo całego cierpienia jakiego doświadczyli nie czułam już wrogości do do strażników. Chyba dlatego, że ich zachowanie porównałam z „własnym podwórkiem”. Nie wiem, jak zachowałabym się na miejscu strażników, ale myślę, że mogłabym być od nich gorsza, oni traktowali tak obcych sobie ludzi, ja często traktuję tak osoby, które kocham.

 

Stanfordzki Eksperyment Więzienny
Stanfordzki Eksperyment Więzienny

 

Potępiamy zło, mimo, że często zachowujemy się jak ci strażnicy. Każdy z nas ma w sobie coś z aniołka i diabełka. Nie jesteśmy tacy idealni, nieskazitelni i doskonali  za jakich się uważamy. Zazwyczaj widzimy u siebie tę dobrą, szlachetną stronę, same pozytywne wartości i ostro potępiamy ludzi, którzy odbiegają od naszego poczucia dobra.

 


A , czy nie lepiej jest uznać fakt, iż w każdym z nas jest jakaś ciemna strona, jakiś jungowski cień, który opanowuje nas w najmniej oczekiwanym momencie.


 

Zaakceptujmy swoją rogatą duszę, lepiej jest z nią żyć w zgodzie. Zaprzyjaźnijmy się z potworem, który siedzi w nas, wtedy może będziemy mieć nad nim pewną „kontrolę”. Patrzmy na świat bardziej obiektywnie, nie mówmy, że my w podobnej sytuacji zachowalibyśmy się „lepiej”. Mimo, że dalej potępiałam ich zachowanie, zaczęłam również potępiać zachowanie więźniów, ich bierność i brak oporu w kolejnych dniach.

Eksperyment zakończył się w piątek. Zimbardo „zrozumiał”, że wymknął się spod jego kontroli, stracił obiektywizm całej sytuacji, za bardzo utożsamił się z rolą obrońcy – dyrektora. Oczy otworzyła mu, poprzedniego wieczoru, jego znajoma Christina. Zastanawiam się – czy gdyby nie tak kobieta eksperyment trwał by do końca.

Kto najbardziej zidentyfikował się ze swoją rolą? Myślę, że wszyscy w jakimś stopniu. Więźniowie, którzy, uwierzyli w to,  że są naprawdę więźniami i dlatego w końcu poddali się bez walki, czekając tylko na zakończenie eksperymentu. Jeden z nich powiedział do drugiego, kiedy ten drugi namawiał go do buntu – „Daj spokój, jak będę grzecznie siedział to mogę liczyć na zwolnienie warunkowe”.

Strażnicy – grający twardzieli i prawdziwie odczuwający przyjemność z torturowania niewinnych studentów. Władza dała im wiele możliwości, a oni bez wahania z niej skorzystali nękając innych. Poczuli się silniejsi, pewni siebie. Często wykorzystywali ją dla zabawy.

Wolność to stan umysłu, to my decydujemy czy czujemy się wolni. Jeżeli uwierzymy w to, że ktoś może jej nas pozbawić staniemy się niewolnikami tego kogoś. Nikt nie może nas stłamsić, znieważyć jeżeli mu na to nie   pozwolimy. Wolność jest w nas, w naszym wolnym od uprzedzeń, zrównoważonym, harmonijnym umyśle. Nie ważne czego doświadczymy w życiu, jak bardzo ludzie będą nami pomiatać, wyśmiewać, wyszydzać, mówić, że to oni są „wyżsi i mądrzejsi”, że są górą, najważniejsze jest to co my o sobie myślimy.

W dalszej części książki Zimbardo porusza kwestie dehumanizacji, posłuszeństwa wobec autorytetu. Dlaczego normalni, dobrzy ludzie zmieniają się w zależności od okoliczności. Porównuje zachowanie studentów z ludźmi przebywającymi w obozach zagłady,  czy innych więzieniach.

Dlaczego sytuacja ma takie znaczenie? Nie można z góry przewidzieć zachowania ludzi, rzeczywistość jest odmienna od zamierzeń. Potrzeba stale zmieniać swoje plany, dostosowywać do zmieniających się okoliczności, to co na początku mogło wydawać się słuszne, nie musi być dobre na dalszym etapie.

Dużo uwagi poświęca również kwestiom etycznym – czy taki eksperyment powinien mieć miejsce? Pisze o zyskach i stratach jakie eksperyment przyniósł. M.in. o korzyściach dla kilku uczestników. Wspomina Douga, który po zakończeniu zapisał się na psychologię, uzyskał doktorat z psychologi klinicznej. Piszę również o Hellmanie, który w przyszłości został przedsiębiorcą dbającym o losy swoich pracowników. Stał się mniej arogancki, a bardziej empatyczny w stosunku do innych.

 


Czyżby u tych studentów wystąpił jakiś pozytywny „wzrost potraumatyczny” ? Czy trauma jakiej doświadczyli pomogła im w realnym życiu?


 

Hellmanowi w stosunkach interpersonalnych, Daugowi, zaś pokazując nowe możliwości w życiu, nową drogę prowadzącą do spełnienia jego osobowości.

Czy to tylko zasługa eksperymentu, czy może również wcześniejszych skłonności? Gdyby nie czuli wewnętrznej potrzeby pójścia w jakimś kierunku, to żaden eksperyment by ich w tym kierunku nie popchnął. Czy trauma jest potrzeba do przeżycia jakiegoś rozwoju, czy wystawianie ludzi na okrutne przeżycia – niby dla ich dobra – jest etyczne? Rozwój można osiągnąć bez  sztucznych tragedii, życie niesie ze sobą swoje problemy, i to często bardziej traumatyczne niż eksperymentalne manipulacje.

Czy, wobec tego „robiąc coś dla innych”, nie robimy tego częściowo dla siebie?

Doug, Hellman wynieśli z tego coś pozytywnego, pewnie dziękowali za to swojemu „więziennemu szefowi”. Zimbardo również odniósł wiele korzyści, jak napisał w książce, „wywarł wpływ na moje badania, podobnie jak na dalszą dydaktykę i życie osobiste”. Stał się człowiekiem  dbającym o poprawę warunków więziennych, w stosunku do swoich studentów stał się mniej dominującym, narzucającym swoje zdanie , a bardziej wyrozumiałym przewodnikiem w ich drodze do rozwoju. Jak widać rachunek zysków i strat przemawia za korzystnym wpływem przeżytej traumy.

Może dzieje się tak dlatego, że przeżyta trauma skłania ludzi do nadawania jej jakiegoś sensu, szukania jakiś pozytywnych wartości, odnajdywania w tym wszystkim siebie. Ale czy to wszystko etyczne?  Czy nie sprzeniewierza się to wyższym wartościom, nie burzy wiary w człowieczeństwo?

 

Stanfordzki Eksperyment Więzienny